Mowa w obronie Plancjusza

Autor: Marek Tulliusz Cyceron

bowiem, że nie brakło mi pomocy, ale że okazałem
się tej pomocy niegodny. A ja powiem otwarcie. Ponieważ widziałem, że
mi nie brak pomocy, nie chciałem z niej korzystać. Bo któż nie wie, jakie
było wtedy położenie rzeczypospolitej, jakie niebezpieczeństwa i burze jej
groziły? Czy zaniepokoił mnie popłoch wywołany przez trybuna115, czy
szalone posunięcia konsulów?116 Czy trudno mi było walczyć orężnie z nie-
dobitkami ludzi, których pokonałem bez oręża wtedy, gdy żyli w pełni sił,
u szczytu powodzenia? Konśulowie byli najwstrętniejszymi płazami, jak
daleko pamięć ludzka sięga. Poświadczyły to pierwsze ich wystąpienia i ostat-
nie wypadki. Jeden z nich stracił, drugi sprzedał wojsko117. Kupiwszy sobie
prowincje odsunęli się od senatu, rzeczpospolitej i wszystkich dobrych
obywateli. Kiedy jeszcze nie wiedziano, co zamierzają zrobić ludzie, którzy
skupili w swym ręku największą potęgę wojskową i olbrzymie możliwo-
ści 118, ostro rozlegał się zniewieściały od nierządu, którym splamił święte
ołtarze, głos szaleńca119 twierdzącego, że ma za sobą tych ludzi i konsulów.
Uzbrajano biedaków przeciw bogatym, zbrodniarzy przeciw dobrym oby-
watelom, niewolników przeciw panom. A za mną był senat, który przybrał
nawet żałobę, co za ludzkiej pamięci tylko raz dla mnie oficjalnie uchwa-
lono. A przypomnij sobie, jakich ja wtedy miałem wrogów w osobach
114 Chodzi tu o list


Strony: