Mowa w obronie Plancjusza

Autor: Marek Tulliusz Cyceron

tak uciąż-
liwe zobowiązanie poświadczyłem trwałym dowodem. Nie chcę cytować
wyjątków z innych moich pism. Pomijam je, by się nie wydawało, że przy-
taczam je ze względu na sytuację, posługując się tym gatunkiem literackim,
który zdaje się bardziej odpowiadać moim zainteresowaniom, niż zwycza-
jom przyjętym w sądach.
Wykrzykujesz też, Laterensie: „Dokądże będziesz o tym mówił? Nie
udało ci się z cyspiuszem103. Spowszedniały już twoje prośby." Więc bę-
dziesz mi stawiał zarzuty z powodu Cyspiusza, którego ja dzięki tobie
broniłem, bo od ciebie dowiedziałem się, że mi się przysłużył? Jakże mo-
żesz mówić do mnie: „dokądże", skoro twierdzisz, że nie mogłem uzyskać
tego, o co w sprawie Cyspiusza walczyłem? W słowach „dokądże" mógł się
kryć zarzut płynący z zawiści tego rodzaju: „Zwolniono ci Cyspiusza. Dano
ci go. Nie wystarczy ci to? Nie możemy tego znieść." Mówić „dokądże"
człowiekowi, który nie uzyskał tego, o co jedynie zabiegał, jest dowodem
kpin raczej, niż nagany. Chyba, że tylko ja tak postępowałem w sądach, tak
żyłem z obecnymi tu sędziami, takim byłem obrońcą, takim wreszcie jestem
i byłem zawsze obywatelem, że uważasz mnie za jedynego człowieka, który
nie powinien od sędziów nigdy niczego uzyskać. Zarzucasz mi, że uroniłem
102 Cyceron ma tu na myśli swoją mowę w senacie wygłoszoną po powrocie z wygna-
nia (cum


Strony: