Mowa w obronie Plancjusza

Autor: Marek Tulliusz Cyceron

starej rodziny rzymskiej — ojciec jego, dziadek i wszyscy
przodkowie byli ekwitami rzymskimi i w kwitnącej wówczas prefekturze
cieszyli się wielką wziętością i zajmowali pierwsze stanowiska — następnie,
skoro on sam w legionach wodza Publiusza Krassusa49 zdobył sobie ogromną
sławę wśród najzacniejszych obywateli i ekwitów rzymskich, skoro potem
zajął wybitne stanowisko wśród swoich ziomków jako nieskazitelny i spra-
wiedliwy sędzia w licznych procesach, założyciel i kierownik wielu najwięk-
szych towarzystw, jeżeli nie ganiono żadnego jego posunięcia, lecz wszyst-
kie jego czyny cieszyły się zawsze uznaniem — to czy tak zacnemu synowi
miałby szkodzić ojciec, który by swoją powagą i wziętością mógł osłonić
nawet obcego i mniej szlachetnego człowieka? „Użył kiedyś — twierdzisz
— jakiegoś zbyt gwałtownego słowa". Mów raczej, że zbyt otwarcie się wyraził.
„Ale już to samo — powiadasz — jest nie do zniesienia". A czy można znieść
to, że obywatele skarżą się, iż nie mogą ścierpieć otwartego stanowiska ekwi-
ty rzymskiego? Gdzie się podział stary obyczaj? Gdzie równość praw? Gdzie
stara wolność, która zgnębiona niesnaskami domowymi powinna była już
wreszcie podnieść głowę i zbudzić się do życia? Czy mam przypominać obelgi
rzucane przez ekwitów rzymskich na obywateli z najznakomitszych rodów,
cierpkie, gwałtowne, nieopanowane słowa dzierżawców


Strony: